fragment opowiadania "SINOBRODY"



Ubieram się w zwykły T-shirt i dżinsy. Nie zawracam sobie głowy makijażem. Na tym zadupiu i tak nie ma komu imponować.

Kiedy schodzę do jadalni, mam wrażenie, że dom nagle ożył. Na schodach mija mnie w pośpiechu młoda dziewczyna ubrana jak służąca.

— Dzień dobry — rzuca cicho, wykonując szybki ukłon i spuszczając wzrok.

Odpowiadam skinieniem głowy, ale odruchowo oglądam się za nią.

Sama nie wiem dlaczego.

W jadalni zastaję Jana — jak zwykle sztywnego i nienagannie uprzejmego.

— Jak się pani spało?

— Bardzo dobrze. Dziękuję.

Siadam przy stole i sięgam po filiżankę kawy. Jest idealna. Mocna, gorzka, dokładnie taka, jaką lubię.

I wtedy to zauważam.

Na końcu korytarza, za lekko wysuniętym fragmentem ściany, dostrzegam drzwi. Inne niż wszystkie. Ciemniejsze. Masywniejsze. Jakby zupełnie nie pasowały do reszty domu.

Marszczę brwi.

— Co tam jest? — pytam mimochodem, nawet nie patrząc na Jana.

Zapada cisza.

Zaintrygowana podnoszę wzrok.

Jan stoi nieruchomo, ale jego twarz… przez ułamek sekundy traci swoją zwyczajową pewność.

— To pomieszczenia gospodarcze, pani Anastazjo.

— Wyglądają na coś więcej niż schowek.

Wstaję od stołu i podchodzę bliżej, chcąc przyjrzeć się im dokładniej. Czuję jego obecność tuż za plecami.

— Proszę się nimi nie interesować.

Ton jego głosu zmienia się niemal niezauważalnie. Nie brzmi już uprzejmie.

Brzmi jak ostrzeżenie.

Zatrzymuję się przed drzwiami.

Dotykam chłodnej klamki.

— Dlaczego? — odwracam się powoli i patrzę mu prosto w oczy.

Odchrząkuje, wyraźnie zmieszany.

— To moja dobra rada — odpowiada ciszej.

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem.

Uśmiecham się lekko.

— Nie wiem, czy z niej skorzystam.

Przewijanie do góry